Początek kariery szkoleniowca, czyli lata 1962 – 1975

W kwietniu 1963 roku przejąłem z rąk Mieczysława Korbasiewicza prowadzenie drużyny koszykarzy, którzy w tym czasie występowali w „A” klasie wojewódzkiej. Sekcja w tym czasie liczyła zaledwie 14 zawodników z tym, że regularnie na treningi uczęszczało zaledwie 5 – byli to Władek Wiercioch, Andrzej Liberacki, Bercik Rygoł, Adam Motyka i grający trener, czyli niżej podpisany. W okresie letnim treningi nie odbywały się, sporadycznie spotykano się i grano w piłkę nożną. W drużynie nie było ani jednego juniora. We wrześniu 1963 roku przeprowadziłem energiczną akcję naborową, dzięki której na treningi zaczęło uczęszczać sporo uczniów, głównie uczniów LO Powstańców. Podjęli treningi Marian Madej, Edek Anielski, Jacek Szymański, E.Szmigolew i Andrzej Czelnik z Rybnika. W Wielopolu znalazłem mierzącego 194 cm wzrostu Benusia Walera zaś z Rydułtów zaczęli dojeżdżać na treningi wysocy Emil Szolc i Jurek Błędowski (późniejszy prawnik).  W sezonie 1963/64 prowadzony przeze mnie zespół był zdecydowanie „odmłodzony”. Ze starszych zawodników pozostali tylko Jurek Rożek (późniejszy wiceprezydent Rybnika, Tadek Jończyk, Tadek Hanik, Henio Konsek i Kazik Lis zawodnik, który przybył na Śląsk do pracy). Treningi odbywały się 3 x w tygodniu, ponadto zorganizowałem szkółkę koszykarską, która składała się z zawodników rocznik 1950 i młodszych i trenowała zaledwie dwa razy w tygodniu. Najpoważniejszą przeszkodą w rozwoju koszykówki w tym czasie była bardzo słaba baza. Jedna salą, w której można było rozgrywać mecze była sala „Powstańców”, której rozmiary są mniejsze niż rozmiary boiska do koszykówki. Był nawet okres, kiedy władze RKS „Górnik” nie otrzymały zgody na korzystnie z sali i zmuszeni byliśmy trenować w sali gimnastycznej SP-1 R-k. W tym czasie wszystkie zawody musieliśmy rozgrywać na wyjazdach. Mimo tak trudnych warunków do koszykówki garnęło się coraz więcej młodzieży i w prowadzonej szkółce trenowali uzdolnieni Sławek Piechula, Heniek Niezgoda. Mało, kto pamięta, że koszykarzem w swoim czasie był Marian Twaróg, znany dziennikarz „Dziennika Zachodniego”, którego syn Marcin jest dzisiaj jednym z filarów tego dziennika.

Utworzono zespół juniorów, który zgłoszono do rozgrywek OZKosz Katowice.                                 W koszykarskiej szkółce pojawiło się wielu chłopców z rocznika 1950-51 z których wyrosło wielu bardzo dobrych koszykarzy i szkoleniowców. Cały czas współpracowałem z trenerem Janem Mikułowskim II trenerem reprezentacji Polski. Pierwszym trenerem był Witold Zagórski, z nazwiskiem, którego wiązane są największe sukcesy reprezentacji (wicemistrzostwo Europy, VI m. na olimpiadzie w Monachium). Najbardziej znane nazwiska z tego okresu Marcin Kasperzec, który jako pierwszy z moich wychowanków poszedł na studia wf do Krakowa, grał w AZS-ie Kraków, został asystentem na uczelni i napisał książkę o nauczaniu koszykówki wspólnie z dr H.Oszast. Był trenerem „Wisły” Kraków potem wyjechał do Francji i chyba tam jest do dnia dzisiejszego. Był to okres, kiedy wszyscy moi wychowankowie pragnący studiować wf zaczynali studia w Krakowie. Kolejnym studentem WSWF Kraków został uzdolniony Stefan Mikulski, który po ukończeniu studiów został trenerem i krótko był nawet II trenerem reprezentacji Polski, później wyjechał z rodziną do Niemiec, gdzie mieszka i pracuje do dzisiaj. Kolejne dwa nazwiska to Czesiu Grzonka i Janusz Tkocz. Czesiu, jako zawodnik był raczej przeciętny, lecz jego osiągnięcia trenerskie stawiają go zdecydowanie na I miejscu wśród rybnickich szkoleniowców. Postaram się uzasadnić swoje rozumowanie.

Otóż wszystkich szkoleniowców dzielę na szkoleniowców, którzy zajmują się wyszukiwaniu uzdolnionych jednostek, szlifują ich talent, dają właściwe fundamenty i przekazują dalej trenerowi, którego zadaniem jest osiąganie wyników zespołowych. Uważam, że moja osoba należy do tej grupy. Druga grupa szkoleniowców, to trenerzy, którzy po prostu „zbierają” lub „kupują” gotowych, wyszkolonych na poszczególne pozycje zawodników i „montują” zespół, którego zdaniem jest zajecie jak najwyższego miejsca w danej klasie rozgrywkowej.                Takim trenerem jest zdobywca tytułu trenera wszechczasów na Śląsku Tomek Służałek, który w przeszłości potrafił jednak wyszkolić bardzo dobrą grupę chłopców i zrobić mistrzostwo Polski Szkół Podstawowych. Za takiego trenera uważam Mirka Orczyka, którego interesuje „montowanie” dobrego zespołu z pozyskanego importu materiału i robienie jak najlepszych wyników. Osoba Czesia Grzonki nie jest jednak jednoznaczna. Otóż Czesiu potrafił (szczególnie w odniesieniu do pozyskanych mu do szkolenia dziewcząt) w dalszym ciągu właściwie budować fundamenty i z dobrze zapowiadających się zawodniczek robić ligowe zawodniczki a nawet reprezentantki Polski. Tak więc Czesia uważam bardziej za „trenera – wychowawcę” niż trenera montownika. A wynik, jaki osiągnął: - wprowadzenie zespołu kobiet ROW do I ligi (wszystkie zawodniczki były wychowankami klubu) mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski Juniorek, wprowadzenie zespołu męskiego do II ligi wicemistrzostwo Polski Juniorów stawiają go na poczesnym miejscu w rankingu rybnickich trenerów. Z przykrością musze stwierdzić, że obecna polityka PZKosz sprzyja bardziej istnieniu „trenerów – montowników” niż trenerów pragnących szkolić własne wychowanki. Nie sprzyja to jednak dobru, jakim jest polska koszykówka. A popularność i pozycje danej dyscypliny sportu budują wyniki reprezentacji 80% graczy zagranicznych w lidze męskiej i około 50% w żeńskiej nie sprzyja rozwojowi polskich zawodników chyba, że będziemy szukali polskich korzeni u murzynów grających w NBA. Ale to tylko taka wstawka do historii rybnickiej koszykówki.

Oprócz Marcina, Stefana czy Czesia w Krakowie studiował Janusz Tkocz (były trener I ligi dziewcząt) obecnie mieszka i pracuje w Niemczech i jednym z najbardziej zasłużonych dla rybnickiej koszykówki działaczy sportowych Zbyszek Chwastek. Eksodus rybnickich graczy do Krakowa skończył się w II Polowie lat 70-tych, kiedy Jan Mikołowski wyjechał na stałe do Szwecji.

Ważnym momentem w rozwoju rybnickiej koszykówki było oddanie do użytku sali gimnastycznej przy SP-11. Wreszcie zyskaliśmy swoją bazę i dostateczna ilość godzin do treningu. Ponadto po ukończeniu studiów w Opolu w Rybniku zjawił się bardzo dobry koszykarz, były zawodnik AZS Opole obecny dr Jerzy Krzak. Po studiach we Wrocławiu powrócił Tadeusz Jończyk. Drużyna, która w tym czasie występowała w wojewódzkiej klasie „A” była mieszanką doświadczonych zawodników (Jończyk, Krzak, Rożek, Zygmunt, Roman Szczerbak) i młodzieży. Roman Szczerbak był byłym zawodnikiem „Górnika” Zabrze, który mieszkał z rodziną w Szczygłowicach i sam się zgłosił, aby grać w naszym zespole.                         W październiku 1966 roku w czasie pościgu za uciekającym bandytą zostałem pchnięty nożem w lewą pierś. Byłem w tym czasie pracownikiem Wydziału Kryminalnego komendy Milicji w Rybniku. Wg lekarzy gdyby nie silny organizm i szybka pomoc, bym nie przeżył. Dosyć duga rekonwalescencja spowodowała, że w sezonie 1966/67 drużyna i treningi prowadził z powodzeniem Jurek Krzak. Do treningów powróciłem w marcu 1967 roku.          Rok 1967 był przełomowym rokiem dla rybnickiej koszykówki. Decyzją władz klubu sekcja koszykówki otrzymała opiekuna, którym został p. Rudolf Zolich główny dyspozytor „Transgóru” Rybnik – prywatnie był teściem Jurka Krzaka.

Rudolf Zolich był doskonałym organizatorem a jednocześnie człowiekiem zdecydowanym nie za bardzo liczącym się ze zdaniem przeciwnym do jego koncepcji. Właśnie te cechy charakteru w zetknięciu z moim „twardym” i niełatwym charakterem dały mieszankę wybuchową, która kilka lat później doprowadziła do zahamowania rozwoju rybnickiego basketu.

W 1967 roku po raz pierwszy zorganizowano obóz sportowy, który był w Rydułtowach na obiektach szkoły górniczej. Razem z koszykarzami byli lekkoatleci. W czasie tego obozu było jedno nieprzyjemne wydarzenie. Otóż jednej z lekkoatletek – obecnej małżonce p. Prezydenta Adama Fudalego zginęło radio tranzystorowe, które w tym czasie było rzadkością. Po latach okazało się, że złodziejem był trener lekkoatletów Jan Ch., Który okradł nawet mieszkanie podopiecznych.

Kierownictwo sekcji w porozumieniu ze mną zaczęło szukać trenera do I zespołu, bowiem    w dalszym ciągu byłem również zawodnikiem. Oferta przyszła z dalekiego Inowrocławia, gdzie mieszkał i pracował w szkole średniej trener I klasy Andrzej Powązka.

Kiedy mam pisać o Andrzeju Powązce mam mieszane uczucia, gdyż nie chciałbym być źle zrozumianym. Otóż Andrzej moim zdaniem był i jest doskonałym organizatorem, lecz szkoleniowcem słabym. Po części wynika to z jego charakteru, ponieważ należy do ludzi, którzy z „wszystkimi chcą dobrze żyć”  A tak się niestety na pewnych stanowiskach nie da działać. Jak ktoś jest „ciulik” to trzeba mu to w oczy powiedzieć. Ponadto jego warsztat szkoleniowy był z lat 50-tych. A wszystko stale idzie naprzód i na bieżąco trzeba się dokształcać, bo inaczej robi się krzywdę swoim podopiecznym. Jednakże reasumując był i jest pozytywna postacią w rybnickim sporcie zwłaszcza w środowisku akademickim i jego działalności w zorganizowanym przez siebie „Mechaniku”.

Przyjeżdżając do Rybnika A.Powązka ściągnął w I roku pracy z Inowrocławia Edka Kroczyka zawodnika na poziomie III ligi, który wzmocnił nieznacznie zespół. W kolejnym sezonie      w Rybniku pojawili się już zawodnicy ze stażem I ligi. Najbardziej wartościowym graczem, który został w tym czasie sprowadzony, to Ryszard Twardowski wychowanek trenera Jaźwierskiego trenera z Inowrocławia, który pracował w „Lubliniance” Lublin, „Śląsk” Wrocław a obecnie w Luksemburgu. Rysiek Twardowski to „spory kawał historii rybnickiej koszykówki i warto o nim napisać. Jako zawodnik może być przykładem pracowitości i solidności. Kiedy objąłem zespół, byłem trenerem niedoświadczonym, nieźle się znałem na szkoleniu techniki, sprawności ogólnej i specjalnej zaś byłem „zielony”, jeśli chodzi o taktykę. I właśnie wtedy oparłem całą taktykę atakowania a szczególnie obrony o doświadczenie i intuicję Ryśka. Gdyby nie on nie wprowadziłbym drużyny do II ligi i           w kolejnym sezonie, jako beniaminek nie zajęlibyśmy wysokiego III miejsca. Jako kapitan zespołu Rysiek był jednocześnie przywódcą, ale zarazem był lubiany i szanowany przez zespół. Jako trener niestety się nie sprawdził. Prowadził zespoły ROW-u w latach 1973 – 80 bez sukcesów i do tego całkowicie zaniedbując pracę z młodzieżą. Ponadto w tym czasie sprowadzono do Rybnika Janusza Zameckiego również gracza I ligowej „Lublinianki” Janusz był zawodnikiem o niesamowitej sprawności ogólnej i bardzo dobrym rzucie. Jak „miał dzień konia” to potrafił w pojedynkę wygrać mecz. Wadą była niestety nierówność prezentowanej formy. Z Bydgoszczy ściągnięto przystojnego, wysokiego Jasia Sadowskiego, ulubieńca zwłaszcza płci pięknej. Jasiu spełnił swoje zadanie, chociaż nie należał do najbardziej pracowitych graczy. Karierę zawodniczą skończył grając w zespole „Piasta” Cieszyn. Bardzo lubiany przez kolegów zmarł nagle na serce w czasie, co tygodniowej „gierki” w kosza na boisku w sali Technikum Górniczego. Również z Inowrocławia przybył Geniu Borowiak – „złota rączka” wybitny strzelec o dużej inteligencji w grze. Bardzo lubiany i ceniony przez kolegów, zmarł niestety w bardzo młodym wieku.

Pisząc o zawodnikach z tamtego okresu nie sposób nie przypomnieć postaci Henia Winiarskiego chyba najbardziej lubianego przez drużynę koszykarza. Heniu urodził się i wychował w Leszczynach. Zaczął uczęszczać do szkoły zawodowej w Gliwicach i tam też nauczył się grać w kosza w „Carbo” Gliwice. Lewa „złota” rączka Henia była znana nie tylko na Śląsku. Heniu to naprawdę spora historia rybnickiej koszykówki. Na koniec kariery prowadził również szkółkę koszykarską w Żorach. Niestety zmarł nagle w wieku czterdziestu kilku lat w kopalnianej łaźni.

Z Rudy Śl. Przybył do nas Heniu Kominek – zawodnik dobrze walczący na tablicach. Później Heniu grał w bytomskich „Bobrach” i jako szkoleniowiec wyszkolił p. Bacika – reprezentanta Polski seniorów. Bardzo Henia wysoko cenię i poważam i o ile mi wiadomo to dalej działa    w „bytomskim baskecie”.

Z dalekiej Ornety  k. Olsztyna przybył na Śląsk Stachu Kaczmarek jedna z najbardziej barwnych postaci rybnickiej i śląskiej koszykówki. Wysoki, silny o bardzo szybkim rzucie jak „miał dzień” to potrafił wypunktować przeciwnika. Właśnie z nim wiąże się epizod, jaki miał miejsce w Prudniku w jednym z najważniejszych spotkań o wejście do II ligi. Otóż przyjechaliśmy na mecz nieco wcześniej i Stachu poprosił mnie abym go zwolnił, ponieważ ma w Prudniku kuzyna i chciałby zaprosić go na mecz. Zgodziłem się i kiedy na pół godziny przed spotkaniem go nie było byłem już wysoko niespokojny. Na 15 minut przed meczem wpada Stasiu z kuzynem. Oboje mają „świecące oczka” i „procentowy zapach”. W zespole Prudnika występowało wtedy dwóch wyśmienitych graczy Dudek i Zygmunt Wójcik i potrzebowałem wysokiego gracza celem zniwelowania przewagi wzrostu. W trakcie rozgrywki Stasiu zachowywał się „normalnie” i zdecydowałem wpuścić go w I piątce, „Co się działo?” Stachu miał właśnie  „dzień konia”. Oddawał rzuty z bardzo wysokiej pozycji tak szybko, ze kryjący go Dudek po I połowie miał 4 faule. Stachu zdobył wtedy ponad 20 pkt, resztę dołożył Geniu Borowiak i wygraliśmy w „jaskini lwa”.

Staszek Kaczmarek działał w koszykówce dosyć długo, przeszedł od nas do „Zagłębia” Sosnowiec, gdzie grał i później był kierownikiem drużyny „Zagłębia”. Obecnie pracuje i mieszka w okolicach Lublińca. Tradycje koszykarskie kontynuuje jego wnuk Marek grający w naszej drużynie juniorów.

Kolejnym zawodnikiem grającym w ROW-u I połowie lat 70-tych był wychowanek „Stali” Ostrów, były reprezentant Polski juniorów Piotrek Paul. Piotrek był osobowością, niesamowicie oczytany i inteligentny z własnej inicjatywy zgłosił się do klubu oferując swoje usługi w zamian za etat w kopalni. Początkowo Zarząd i p. R.Zolich z pewnymi wątpliwościami odnosili się do niego. Przyjechał z Poznania na trening i pokazał naszym środkowym (Sadowski, Kaczmarek) jak wygląda koszykówka. Potem już nikt nie miał wątpliwości.

Mimo całkowitego oddelegowania Piotrek chciał pracować i dodatkowo zatrudnił się w OPA, bowiem nie zamierzał być zawodowym koszykarzem. Był inżynierem i w przyszłości chciał robić karierę w tym kierunku. Był wybitnym indywidualistą, dużo trenował sam. Stanowił duże wzmocnienie zespołu, który zajął  III miejsce w II lidze. Mimo różnicy wieku mogę powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi i zawsze był wobec mnie lojalny. Obecnie mieszka i pracuje w Bydgoszczy. Mam nadzieje, że przeczyta moje wspomnienia i zgodzi się z moją opinią. W tym miejscu serdecznie go pozdrawiam!

Przez moment zastanawiałem się, na co szczególną uwagę zwrócić w moich wspomnieniach. Uważam, że miejsca, które zajmowały prowadzone przeze mnie zespoły nie są tak ważne jak wspomnienia o zawodnikach, działaczach, trenerach, rodzicach, nauczycielach wf, z którymi miałem możliwość współpracować. Napisałem już o zawodnikach z roczników 1949 – 51. Muszę się pochwalić, ze moim wychowankiem, który trenował i grał w drużynie juniorów był Jasiu Olbryht ur. 1952 późniejszy marszałek sejmiku śląskiego obecnie eurodeputowany. Jasiu był typem społecznika – spokojny, zrównoważony, może na koszykarza zbyt flegmatyczny traktował koszykówkę, jako możliwość właściwego spędzania wolnego czasu, którego nie miał za wiele, bowiem bardzo aktywnie działał w harcerstwie. Później przeniósł się do Cieszyna i odwiedzałem go, kiedy był burmistrzem tego miasta. Było mi przykro, kiedy był marszałkiem województwa i zwróciłem się do niego o pomoc, kiedy „wyrzucono” koszykówkę z „kolebki”, jaką była sala Komendy Policji, której budowy byłem współinicjatorem. Niestety nie otrzymałem na to nawet odpowiedzi. Zastanawiałem się wtedy, czy Jasiu, czy jego obecna pozycja polityczno – zawodowa tak go zmieniła? – Wątpliwości pozostały! Jak każdy, mam przyjaciół, znajomych kolegów mam również na pewno sporą ilość ludzi, których po prostu nie lubię i unikam ich towarzystwa. Jednakże, jeśli ktoś był moim przyjacielem i „powinęła mu się noga” czy na przykład został emerytem i       w społeczeństwie już nie jest na świeczniku, to mój stosunek do tej osoby nie ulega zmianie nawet w najmniejszym stopniu. Ostatnio na meczach I ligi nie bywa p. B.Piecha poseł, którym się zawsze „opiekowałem” w czasie meczy i który zrobił ogromne postępy                 w znajomości przepisów i taktyk w koszykówce. To, że PiS przegrał w 2007 wybory, czy też dziennikarze próbowali  pana posła „uaferowić” to w najmniejszym stopniu nie wpłynie na mój stosunek do niego. Mogę mieć swoje polityczne przekonania, lecz dla mnie p.B.Piecha jest aktywnym i z głębi serca kibicem koszykówki i to się dla mnie liczy!

Teraz, kiedy wspominam poszczególnych zawodników zdaję sobie sprawę, że jednak w tej koszykówce siedzę bardzo, bardzo długo. A muszę napisać kilka słów o Olku Frosie zawodniku walecznym o najdłuższych (obok J.Węglorza) rękach może trochę ciągle utyskującym na rybnicką koszykówkę, który piękną koszykarską karierę zakończył grając również w Cieszynie ( w tym klubie była znakomita atmosfera, którą potrafił stworzyć trener, doskonały organizator, mój przyjaciel Janusz Kunisz). Nie sposób, nie wspomnieć o Januszu Skorupie (niestety już nie żyje) doskonałym obrońcy z Chwałowic, który „zatrzymał”           w meczu II ligi „Baildon” Katowice.

Niestety nie żyje już Adam Holisz  zawodnik, który jak nikt potrafił w 100% wykorzystać swoje niezbyt dobre warunki fizyczne i technikę. Kolejnymi wychowankami, którzy liczą się w historii rybnickiej koszykówki to Jasiu Gandor, którego „wypatrzyłem” w czasie meczu piłki ręcznej na boisku „Ryfamy” w Rybniku, obecnie jeden z najbardziej znanych działaczy koszykówki w Polsce, sędzia i tato całego klanu sędziowskiego „Gandorów” z Żor. Może tego mu nie powiedziałem, lecz jestem dumny, że „ściągnąłem” go do basketu, mimo, iż na temat działalności środowiska sędziowskiego we władzach PZKosz mam niekorzystne zdanie. Moim wychowankiem jest również syn Jasia Gandora, Marcin, który obecnie jest uznanym sędzią ligowym. Z rocznika 1954 był również Grzegorz Palion długoletni późniejszy działacz żeńskiej sekcji ROW-u. Z jego osobą wiąże się zabawna historia na obozie sportowym w Spłatach na Mazurach. Obóz o 24-tej w nocy obudził  głośny stukot. Otóż Grzegorz nie mógł spać i zaczął kozłować piłką w domku campingowym budząc cały obóz. Tłumaczył się później, że na zajęciach zwróciłem mu uwagę na „słaby kozioł” i on chciał to poprawić. Niestety również odszedł w młodym wieku.

Do sezonu 1968/69 zespół „ROW-u” przystąpił pod dowództwem Andrzeja Powązki i celem był awans do II ligi. Najgroźniejszym rywalem w III Lidze Śląskiej była drużyna z Chorzowa, której trenerem był obecny Prezes ZW SZS Katowice kol. Janusz Nowakowski. Chorzowianie reprezentowali agresywną, opartą na dobrej obronie i szybkim ataku grę, zaś najlepszymi zawodnikami byli: Edward Sojka, Rzepiela, Jerzy Syguła, Jan Szmidt (obecni sędziowie). Rybnicki zespół przegrał rywalizację z chorzowianami i zawiedziony wynikiem p. R.Zolich zdecydował odsunąć A.Powązkę od zespołu i zwolnić z pracy w „Transgórze”.  W tym czasie treningi i zawody prowadzone były na największej sali, jaką była sala  Zespołu Szkół Budowlanych. Zdecydowałem się zrobić specjalizację z koszykówki w Krakowie u p. Mikułowskiego i przez blisko rok dwa razy w m-cu dojeżdżałem do Krakowa. Zaproponowano mi w 1969 roku objęcie funkcji trenera I zespołu . Nie było łatwym pogodzenie pracy zawodowej w Wydziale Kryminalnym Komendy Milicji z prowadzeniem treningów i zawodów, zwłaszcza zawodów wyjazdowych. W tym sezonie nastąpiła reorganizacja rozgrywek i 4 najlepsze zespoły śląskie awansowały do „Ligi Międzywojewódzkiej”, w której grały zespoły z województwa krakowskiego, rzeszowskiego, opolskiego między innymi „Sparta Nowa Huta, Polonia Przemyśl, Stalowa Wola, Siarka Tarnobrzeg, „Pogoń” Prudnik. Razem „Liga Międzywojewódzka” liczyła 16 zespołów i mistrz automatycznie awansował do II ligi. Najmocniejsze ekipy miał: „Górnik” Zabrze, Nowa Huta, Siarka i Przemyśl. Podstawowym graczami w rybnickim zespole byli: R.Twardowski (kpt.), J.Zamecki, E.Borowiak, J.Sadowski, S.Kaczmarek, S.Mikulski, J.Skorupa, A.Fros, H.Kominek. Rywalizacja była bardzo zacięta. Przełomowymi momentami były zwycięstwa w Prudniku i Przemyślu. Po meczu w Przemyślu rozwścieczeni kibice wszczęli bójkę, w trakcie której oberwał któryś z naszych graczy.

Awansowaliśmy do II Ligi!.

Był to historyczny awans rybnickiej koszykówki a trzeba dodać, że koszykówka polska liczyła się wtedy w Europie i na świecie. Wielka euforia w klubie i dalsze działania celem utrzymania II ligi.  W tym miejscu chciałem napisać kilka słów o ludziach, którzy przyczynili się do tego sukcesu, czyli o p. Rudolfie Solichu „głównym sprawcą awansu” i jego pomocnikach pracownikach „Transgóru” – Jerzym Gajdzie, Tadku Nowaku, Karolu Drewnioku czy p. Łukoszku. Oczywiście olbrzymią pracę wykonał mgr Tadeusz Jończyk – pracownik, który położył największe zasługi dla rozwoju koszykówki zarówno męskiej jak i żeńskiej. Jurek Gajda, który pełnił funkcję kierownika drużyny został później sędzią koszykówki i wiele lat współpracował z klubem Karol Drewniok, który również nabył uprawnienia sędziowski znany był na Śląsku i oceniany, jako najlepszy sędzia – sekretarz     w województwie ( a może i w Polsce?).

To właśnie ta ekipa przygotowała organizacyjnie zespół do bojów w II lidze w sezonie.                 II  Liga liczyła wtedy 12 zespołów i grały w niej tak silne zespoły jak „Górnik” Wałbrzych, „Gwardia” Wrocław, „Baildon” Katowice, „Tęcza” Kielce, „Start” Lublin. Do rozgrywek przygotowaliśmy się na letnim obozie w Jaszowcu. Były to „spartańskie” warunki, o których nawet się nie śni dzisiejszym „ligowcom”. Otóż noclegi mieliśmy w namiotach rozbitych obok domu wczasowego „Juhas” w Ustroniu – Jaszowcu. Wyżywienie i mycie mieliśmy zabezpieczone w „Juhasie”. Zawodnicy biegali po górach zaś pokonywanie trasy z „Juhasa” na Czantorie i z powrotem nie należało do łatwych. Jak zwykle ton w zespole nadawał Rysiek Twardowski, który był kapitanem i moją prawa ręką. W sprawach organizacyjnych nieoceniony był Jurek Gajda. Przygotowałem zespół pod względem kondycyjnym na „5” i     w pierwszym spotkaniu we Wrocławiu nasi po prostu „zabiegali” przeciwnika. Do zespołu doszedł Piotr Paul, który stanowił duże wzmocnienie.  Przed samym rozpoczęciem rozgrywek mieliśmy konferencję trenerów I i II ligi w W-wie. Jechałem z powrotem z konferencji z trenerem AZS Gliwice p. Grypowiczem, który zapytał się czy mam zamiar zrezygnować z prowadzenia zespołu. Byłem zaskoczony. Otóż p. R.Zolich  za moimi plecami jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek II ligi szukał trenera na moje miejsce oczywiście nic mi nie mówiąc. Rozpoczęły się rozgrywki II ligi, które przebiegały dla nas szczególnie w I rundzie, bardzo pomyślnie. Po I rundzie znajdowaliśmy się na IV miejscu i mieliśmy tyle punktów, iż utrzymanie mieliśmy zapewnione. W przerwie między I a II rundą p. Zolich zrobił zebranie z zawodnikami, na którym zadał prowokujące pytanie na mój temat i styl prowadzenia zawodów. Otóż p. Zolich niejednokrotnie próbował sugerować mi skład I piątki, co spotykało się z moim negatywnym odbiorem. W tym miejscu właśnie chciałem ten temat rozszerzyć. Otóż bardzo często prezesi, czy „działaczo – kibice” po jakimś czasie czują się na siłach doradzenia trenerowi, ba, nawet ustalenia składu i taktyki. Jak trener jest słaby psychicznie i bardzo zależy mu na posadzie – ulega i to w zasadzie jest jego koniec. Podobnie uważam, że zarządy klubów nie powinny ulegać presji kibiców, którzy również chcieliby mieć wpływ na ustalenie składów czy też politykę transferową. Zarząd rządzi, podejmuje decyzje i odpowiada przed walnym zebraniem, które jest w stanie go odwołać. Jeśli klub jest finansowany z prywatnej kasy to decydentem jest właściciel rządzi i decyduje, bo to są jego pieniądze!.

Wyszedłem z tego spotkania i na drugi dzień w Zarządzie Klubu (A.Bezega, M.Korbasiewicz) złożyłem rezygnację z trenera II ligowego zespołu.  Zespół w dwóch pierwszych meczach II rundy poprowadził zięć p. Zolicha  Jurek Krzak. Po przegranych spotkaniach rozpoczęły „Nowiny” (red. S.Słowik) pisać o sytuacji w sekcji i „sprawą” zainteresował się sam Prezes Klubu – Naczelny Dyrektor RZPW dr J.Kucharczyk. Poprosił mnie do siebie i w obecności p. Bezega i Korbasiewicza zapytał czy podejmę się prowadzenia zespołu. Postawiłem warunek odsunięcia p. Solicha do końca sezonu od I zespołu, na co przystano. Jednocześnie uprzedziłem, że drużynę poprowadzę tylko do końca II rundy.  Ostatecznie jako beniaminek zajęliśmy w II lidze III miejsce za drużyną „Górnika” Wałbrzycha i „Baildonu” Katowice. Jeszcze raz chciałem podkreślić, że moja zasługa we wprowadzeniu drużyny do II ligi a następnie zajęciu III miejsca polegało głównie na dobrym przygotowaniu fizycznym. Jeśli chodzi o taktykę, to „mózgiem” drużyny był Rysiek Twardowski, który wspólnie z kolegami potrafili „rozpracować” przeciwnika. Starałem się im w tym „jak najmniej przeszkadzać”. Byłem trenerem z bardzo krótkim stażem i na szczęście szybko się zorientowałem, iż Rysiek pod względem taktyki jest o klasę lepszy i potrafiłem to wykorzystać. Prowadząc I zespół trenowałem równocześnie grupę młodzieżową, w której miałem sporo uzdolnionych graczy. Miałem więc, do czego wrócić po rezygnacji z trenerem I zespołu. W kolejnym sezonie II ligowy zespół miał prowadzić trener radziecki. Niestety działacze, którym z powrotem przewodził p. R.Zolich nie zdołali nikogo pozyskać i „z braku laku” trenerem został: Andrzej Powązka!. Było to, moim zdaniem najgorszy wybór z możliwych. Zespół grał bardzo kiepsko i po I rundzie znalazł się w strefie spadkowej. Ponownie sięgnięto po Jurka Krzaka, który niestety nie potrafił uratować zespołu przed spadkiem. „Gwoździem do trumny” był mecz w Kielcach z „Tęczą” gdzie na kilka sekund przed końcem drużyna ROW-u prowadziła 1 pkt i miała piłkę.. A Fros zdecydował się jednak na wejście, nie trafił, piłkę przechwycił Marchel  z „Tęczy” i równo z gwizdkiem rzucił do kosza. „Tęcza” wygrała 1 pkt. Tak więc po 2 letnim pobycie w II lidze koszykówka rybnicka na kilkanaście lat pożegnała się z tą klasą rozgrywkową. Ja prowadziłem w tym czasie grupę, w której trenowało wielu uzdolnionych graczy. Do wyróżniających się należeli: Stasiu Mańka, Adam Adamczyk, Andrzej Rachubka z Leszczyn, Jasiu Gandor, Dobrek Rejner, Rajmund Polok, Adam i Jerzy Żartowie, Jasiu Kuczera, Grzegorz Palion, Roman Tajek. Część z nich przeszła później do „UKS-u Mechanik” prowadzonego przez Andrzeja Powązkę. Obecnie część z w/w już nie żyje. Odeszli już Stasiu Mańka, Dobrek Rejner, który wspólnie z Rajmundem Polokiem przez jakiś czas byli szkoleniowcami w Raciborzu. Grzegorz Palion wspólnie Zbyszkiem Chwastkiem w latach 80-tych zajmowali się koszykówką żeńską. Adam Adamczyk przebywa w Niemczech zaś Adam Żart systematycznie mimo swych 54 lat grywa z oldbojami. Roman Tajak stał się biznesmenem i o ile mi wiadomo „zakochał się” w Afryce. Rajmund Polok przebywa już od wielu lat               w Niemczech.

Oprócz w/w przygotowałem również wyjątkowo uzdolnioną grupę graczy, którzy przebili się później nawet do reprezentacji Polski. Byli to chłopcy z roczników 1958-59. Są to już 50-latkowie. Był to bardzo udany rocznik: Justyn Węglorz, Mirek Salamon, Krzysiu Fojcik, Jasiu Kołowrot z Knurowa, Irek Pawliczek z Wielopola, Edek Forreiter z Chwałowic i Roman Kubek z Czernicy. Była to bardzo silna i uzdolniona ekipa, która , mogła być zaczątkiem nawet I ligowego zespołu. Właśnie ci chłopcy w 1973 roku pod dowództwem nauczycieli wf Jana Nowobilskiego i Andrzeja Westwalewicza zdobyli mistrzostwo Polski Szkół Podstawowych w Nowej Soli i byli podstawą reprezentacji spartakiadowej Śląska na OSM w Krakowie. Bardzo dobrze układa się w tym czasie współpraca z nauczycielami wf z Rybnika a w szczególności z Janem Nowobilskim SP-6, Andrzejem Westfalewiczem SP-4, dr S.Dziadkiem Sp-14, Waldkiem Grabowskim SP-1. W sierpniu 1973 roku wspólnie z zespołem UKS „Mechanik” wyjechaliśmy na obóz sportowy do Inowrocławia, w którym wzięli udział chłopcy z roczników 1958 – 60. Razem z nami pojechali na obóz rodzice zawodnika Janusza Winklera p. Klara i Adolf Winklerowie pełniący społecznie funkcję gospodarzy sekcji. Rzadko się spotyka tak zaangażowanych działaczy jak państwo Winklerowie. W tym czasie treningi odbywały się już w sali gimnastycznej K-dy Milicji Winklerowie byli na każdym treningu i gotowali herbatę dla dzieci. Pisząc o nich właśnie wspominając obóz w Inowrocławiu, bowiem kojarzy mi się z nimi zabawny epizod. Otóż wyżywienie na obozie w Inowrocławiu nie było najlepsze zaś głównym dodatkiem do dań przy obiedzie, śniadaniu i kolacji były pomidory . Po kilku dniach chłopcy nie mogli już patrzeć na pomidory i w czasie posiłków obrzucali się nimi. Państwo Winklerowie nie mogli znieść, iż tyle pomidorów się marnuje i zabierali je ze stołów, brali do siebie do pokoju, gdzie je „z godnością” zjadali.  Winklerowie jeździli z nami na obozy również z grupą dziewcząt i do końca współpracowali z rybnicką  koszykówką. Pozostaną w mojej pamięci i sądzę, że wszystkich moich wychowanków, jako prości, ale „o wielkim społecznikowski sercu” sportowi działacze.

W 1973 roku prowadziłem oprócz młodzieży, rezerwowy zespół, występujący w III lidzie, gdzie rywalem była między innymi drużyna „Piasta” Cieszyn czy AZS R-k prowadzony przez A.Powązkę. Drużyna z Cieszyna pragnęła awansować do ligi Międzywojewódzkiej zaś ich głównym rywalem był zespół AZS Częstochowa. Przed meczem naszego rezerwowego zespołu z Częstochową zadzwonił do mnie Kierownik drużyny z Cieszyna bardzo zasłużony i lubiany przeze mnie p. Gociuk prosząc, abyśmy koniecznie wygrali z Cz-wą w zamian, za co obiecał naszym zawodnikom komplety sztućców z „Polwidu” Cieszyn, który był jednym ze sponsorów drużyny.. Wygraliśmy z Cz-wą i kilka tygodni później pojechaliśmy w silnym składzie do Cieszyna „po sztućce”. Cieszyn miał przygotowana „gorzałkę” na bankiet po meczu, gdyż zwycięstwo z nami dawało im awans. Również sędziowie p.Peszke                              i Skrzypczyński byli już w „humorach” i zaczęli sędziować wyraźnie preferując gospodarzy. A Gociuk ani słowa o sztućcach. W przerwie powiedziałem zawodnikom, że ze „sztućców nici” i to ich tak wkurzyło, że po przerwie dali koncert gry, tak, że „cieszyniakom” nawet sędziowie nie pomogli. Bankiet musieli odłożyć na następny tydzień a my musieliśmy się zadowolić waflami „Prince Polo” kupionym w klubowym kiosku.

Z koszykówką cieszyńska do dnia dzisiejszego mamy bardzo przyjacielskie układy. Szkoda, że zbyt wcześnie wycofał się z działalności w baskecie „ ojciec cieszyńskiej koszykówki”, jakim był niewątpliwie doskonały organizator i trener mgr Janusz Kunisz – mój serdeczny przyjaciel. Zawsze żartują, że w Cieszynie jest za dużo doktorów i magistrów koszykówki i dlatego nie ma komu dobrze szkolić zbudować solidnej drużyny. Chociaż obecnie widzę pewien postęp w organizacji szkolenia i Cieszyn znowu się liczy na mapie śląskiego basketu. W sezonie 1972/73  prowadziłem grupy kadetów rocznik 1958 i mł. będąc jednocześnie trenerem wojewódzkim Kadry Spartakiadowej wspólnie ze Zbyszkiem Klimontowiczem. Kadra składała się w większości z naszych graczy i zasilona była jedynie Andrzejem Kokoszką z Rudy oraz wysokimi Freksteinem i Blimka z Katowic. W tym czasie ponownie zadziałał p. R.Zolich, który wspólnie z R.Twardowskim, który w tym czasie bez sukcesów prowadził zespół w Lidze Międzywojewódzkiej, postanowili odebrać mi prowadzenie „sportakiadowiczów”  i przekazać ich Twardowskiemu. Na spartakiadę, która odbyła się        w Krakowie, gdzie Katowice „zrobiły” brązowy medal pojechał ze Zbyszkiem Klimanowiczem R.Twardowski. To przesądziło, iż postanowiłem zrezygnować ze szkolenia chłopców i założyć w Rybniku przy KS „ROW’ sekcję koszykówki kobiet w oparciu o bazę, jaką była sala K-dy Milicji.

I tak w sezonie 1974/75 prowadziłem już dwie grupy szkoleniowe – grupę chłopców rocznik 1960 – 64 oraz grupę koszykarek, których pierwszy trening odbył się w Sali K-dy Milicji      w dniu 5.09.1974. Olbrzymią pomocą w organizacji sekcji dziewcząt służył mi mój przyjaciel (od przedszkola) Tadek Jończyk, który w tym czasie pracował już w górnictwie, jako prawnik. Po zakończeniu sezonu 1974/75 okazało się, że zespoły ROW-u zarówno wśród chłopców jak i dziewcząt zajęły I miejsca na Śląsku w kat. młodzików i kadetów. Na spotkaniu trenerów po tym sezonie zapytano się mnie jak się to robi. Odparłem, że jest takie powiedzenie: „Jak masz dobry materiał, to pięć dni w tygodniu trenujesz a jeden dzień szukasz kolejnych talentów, jak masz słaby materiał to pięć dni szukasz a jeden trenujesz”. Do sportu wyczynowego trzeba uzdolnionych z charakterem. Tak się w zasadzie zakończył mój pierwszy etap pracy z koszykówką męską. W tym okresie czasu za swe najważniejsze dokonania oceniam wyselekcjonowanie i wyszkolenie takich koszykarzy jak:

- Justyn Węglorz – olimpijczyk, reprezentant kraju

- Krzysiu Fojcik – Kadra Polski Junoirów, I Liga Baildon

- Edek Forreiter – Kadra Polski Juniorów, I Liga Sosnowiec

- Kazik Mikołajec – Kadra Polski Juniorów, II Liga

oraz rozwój i popularyzacja koszykówki w szkołach na terenie Rybnika i okolic.

Zespół ROW-u prowadzony przez R.Twardowskiego grał bez większych sukcesów w „Lidze Międzywojewódzkiej” i jego działalność została zawieszona przez Zarząd Klubu na początku lat 80-tych. W tym okresie czasu bardzo słabo pracowano z młodzieżą. Wyszkolono w ciągu tych sześciu lat w rocznikach 1962 – 65 jedynie wysokiego Marka Michalika, Krzysztofa Gilnera (znanego obecnie notariusza) i Gabrysię Kuczerę ze Świerklan. I niema się czemu dziwić. Przypominam sobie takie zdarzenie, kiedy idąc na trening z dziewczynami spotkałem przed budynkiem Technikum Górniczego czekających na trenera młodych koszykarzy Unisa i Lecha. I trener się nie zjawił. Niema nic gorszego jak pozwolić, aby dziecko przyszło na treningi odeszło z kwitkiem spod sali często  czekając na mrozie na trenera, któremu „ważne powody” nie pozwoliły przyjść na zajęcia. Ja mogę moim wychowankom zadać pytanie:             Ile razy przyszliście na trening i Zygmunt się nie pojawił?

Pracując w Wydziale Kryminalnym Komendy Powiatowej Milicji często wyjeżdżałem daleko poza Rybnik (Knurów, Żory, Czerwionka. Przyszowice) gdzie w związku z zaistniałym przestępstwem nie można było zakończyć pracy o 1600-tej. Miałem dobre układy z oficerami dyżurnymi i telefonowałem do K-dy, aby otworzyli salę i wpuścili chłopców.  Na szczęście miałem zdyscyplinowane grupy i nie było w tym czasie żadnych wydarzeń, – mimo iż mocno ryzykowałem wpuszczając bez opiekuna chłopców na salę. Później było lepiej, gdyż miałem zastępców. Muszę powiedzieć, że milicjanci a później policjanci z dużą sympatią odnosili się do trenujących chłopców i dziewcząt. Będący Komendantem Miejskim Milicji w latach 70 i 80 płk Zygmunt Miłota był w Zarządzie KS „ROW’ i bardzo pomagał nam w budowaniu koszykówki. Ponieważ zwłaszcza do dziewczyn bardzo często się uśmiechał, otrzymał od niech pseudonim „Słoneczko”. Jedynymi szefami jednostki, którzy do koszykówki a głównie do mnie odnosili się niechętnie to: M.Majchrzak i sprawca wyprowadzenia koszykówki z sali Komendy Policji, Zdzisław Kuczma. Zresztą do dnia dzisiejszego nie rozumiem, czym kierował się Kuczma dążąc do wyrzucenia koszykarzy, zwłaszcza, że dzięki temu, iż z Sali korzystali koszykarze, w latach 90-tych przeprowadzono generalny remont sali, który            w całości finansował Urząd Miasta. Byłem ostatnio na sali i żal serce ściska widząc w jakim jest stanie. Na dzień dzisiejszy w Komendzie Policji pracuje ponad 20 moich wychowanków tym Janusz Szymura, który zajął z kolegą I m. w Polsce w zawodach patroli policyjnych. Z Milicją i Policją byłem związany ponad 37 lat, czyli w latach 1962 – 1999. W Policji mam wielu przyjaciół, jako klub pozostawiliśmy K-dzie ładnie wyposażoną siłownię oraz saunę. Ciekawy jestem w jakim stanie obecnie te obiekty się znajdują. Pracując w Milicji i Policji przyjmowałem i szkoliłem z zakresu wf-u młodych milicjantów i policjantów w latach 1966 – 66, 1980 – 84 i 1992 – 99. Mam więc doskonały przegląd, jaki w tych okresach czasu był nabór, jaki poziom reprezentowali przyjmowani do służby młodzi ludzie. Uważam, że obecnie są najlepsze możliwości szkolenia i wychowywania młodych policjantów, bowiem obecnie przyjmowani są wyłącznie kandydaci po maturze i niejednokrotnie po studiach. Uważam, że ich pracę zbytnio krępują niedoskonałe regulaminy i stosunkowo zbyt mała akceptacja ich działań przez społeczeństwo. Policjant musi mieć pewność, że kiedy interweniuje prawidłowo i w słusznej sprawie może liczyć na poparcie i pomoc społeczeństwa. No i oczywiście właściwe wynagrodzenie. Będąc milicjantem zawsze miałem swoje zdanie, przez co niejednokrotnie i to porządnie „obrywałem” od przełożonych

W 1966 roku na zebraniu partyjnym, które odbywało się w obecnej siedzibie rybnickiego muzeum omawiana była sprawa chrztu dziecka oficera milicji, który w tym czasie był na szkole oficerskiej w Szczytnie. Oczywiście donos był dziełem pracowników „bezpieki”. Wystąpienie niektórych „towarzyszy” były takie, że należałoby młodego ojca wydalić z milicji. Jednym z najbardziej krytykujących był z-ca Komendanta por. Józef F., Który           w przeszłości będąc Komendantem posterunku w Rydułtowach miał „swoją ławkę”               w kościele. Nie wytrzymałem i zabrałem głos mówiąc „wam wszystkim łatwo krytykować towarzysza Z. bo to wszystko macie już za sobą”, czyli że wszyscy już ochrzcili swoje dzieci. Konsternacja na sali a potem takie gromy spadały na moją głowę, że o mało co schowałbym się pod stół. Oczywiście nie mogłem już dalej pełnić funkcji „kadrowca”, jako nieprawomyślny i zaczęto szukać na mnie „haka”. Jako pretekstem posłużono się, iż nie powiadomiłem na czas o zebraniu emerytów jednego emeryta z Knurowa i dyscyplinarnie przeniesiono mnie do pionu kryminalnego.  Pracownicy bezpieki niejednokrotnie donosili na milicjantów, przez co ci mieli poważne problemy. Jeden z moich przyjaciół Helmut K.za to, iż nie powiadomił „bezpieki”, iż w jego rodzinnej wsi buduje się Kaplicę przez wiele lat nie mógł awansować. Ja również kilkakrotnie byłem obiektem działań „bezpieki”. Na szczęście miałem tam kilku przyjaciół i ci zawsze w porę mnie ostrzegali. Jeszcze dwa razy w czasie 37 letniej pracy w Milicji i Policji byłem karany dyscyplinarnie. Drugi raz „podpadłem” w latach 70-tyvh próbując pomóc memu przyjacielowi trenerowi lekkoatletów Karolowi Szynolowi wychowawcy płotkarza Nogi. Karol mieszkał w bloku koło dworca PKP zaś jego praca wymagała szybkiego przemieszczania się – hotel ZRB na Kolejowej, stadion przy Gliwickiej i siedziba ZRB na Zebrzydowickiej. Kupił sobie rower, który mu po kilku tygodniach ukradli. Przyszedł do mnie do Komendy i poprosił o pomoc. Niestety mogłem skierować go tylko do dzielnicowego celem zawiadomienia o przestępstwie. Kupił sobie więc drugi rower, który mu również po tygodniu ukradli. Ja w tym czasie prowadziłem sprawę przeciwko grupie  nieletnich, od których odzyskaliśmy całą masę rowerów, których właścicieli nie ustalono. Rowery miały być przekazanego U.M. gdzie sprzedawano je na licytacji. Kiedy Karol przyszedł do mnie po raz drugi zaprowadziłem go do magazynu i kazałem wybrać sobie rower i pokwitować, jako że odbiera swój. Na moje nieszczęście pracownica prowadząca magazyn, której powiedziałem prawdę okazała się fałszywą „służbistką” i przekazała sprawę wyżej. Wybuchła afera, której efektem było kara „upomnienia” za „nieprawne dysponowanie mieniem”. Najpoważniej i niesłusznie zostałem ukarany karą „o niepełnej przydatności na zajmowanym stanowisku” w II połowie lat 70-tych. Była to tzw. „sprawa czarnej wołgi” Otóż na terenie Jastrzębia przez taksówkarza został uderzony pałką pasażer, który będąc pijany odmówił zapłacenia za kurs. Miał złamany nos i znał się z milicjantami z Jastrzębia, którzy wszczęli dochodzenie i poszukiwania „czarnej wołgi”.                  W Rybniku jeździł „czarną wołgą” bardzo solidny i szanowany przez wszystkich taksówkarz p. „P”. Milicja jastrzębska ścigała na okazanie wszystkich taksówkarzy z całego ROW-u i poszkodowany rozpoznał jak sprawcę właśnie naszego taksówkarza z Rybnika. Otrzymał ultimatum, że albo zapłaci 25.000Zł poszkodowanemu za złamany nos i sprawa „pójdzie do kosza” albo będzie miał sprawę w sądzie. Taksówkarz „P” przyjechał do nas do Wydziału Kryminalnego do mnie i kolegi Huberta K. prosząc o radę. Poradziłem mu, że jeśli to zrobił to niech szybko zapłaci, jeśli jest niewinny to oczywiście nie może się dać szantażować. „P” pojechał do Jastrzębia i nie przyznał się, za co natychmiast został zatrzymany w areszcie.                W tym samym dniu przyjechał do mnie szef taksówkarzy z Rybnika Józek D. z którym się przyjaźniłem, prosząc abym pojechał z nim do Jastrzębia do K-dy, bowiem chciał dostarczyć „P” lekarstwa, które ten systematycznie zażywał. Pojechałem do Jastrzebia i przeprowadziłem rozmowę z prowadzącym dochodzenie zapewniając go, że znamy „P” jako solidnego i spokojnego taksówkarza, którego nie stać na taki czyn. Zresztą za „P” ujął się cały nasz Wydział Kryminalny z z-cą K-dta Józefem Ś.,  lekarzem Kazimierzem „S”. Wybuchła wojna między K-dą w Rybniku i Jastrzębiu. Ponadto komendanci  obu Komend Mieczysław M. i Franciszek B. nie znosili się wzajemnie. Sprawa doszła do Katowic, gdzie rządził budzący postrach i grozę gen. Benedykt Cader. Cader powołał Komisję, której rozkazał: macie jechać do Rybnika i Jastrzębia, dać wszystkim po głowie czy winny czy niewinny. I tak się też stało, tylko kary dla maluczkich – niższym stopniem były adekwatne wyższe tak, ze najbardziej „poszkodowanymi” byli prowadzący sprawie w Jastrzębiu i moja osoba. Po kilku latach, kiedy pełniłem Komendzie funkcję kadrowca i byłem I sekretarzem przyjechał do Rybnika na kontrolę jeden z członków komisji kpt. P. ówczesny Komendant  płk. Zygmunt M. przedstawił mnie i wtedy w obecności całego kierownictwa Komendy  powiedziałem: „wybaczcie Komendancieie ale takim ludziom ręki nie podaję:. Konsternacja i o ile mi wiadomo sporo gorzały poszło na „ułagodzenie” kontrolera. Jednakże ostatnia kara miała pozytywny skutek na moją osobę. Jak wcześniej napisałem w Krakowie uzyskałem absolutorium i nie napisałem do końca pracy magisterskiej. Po tej aferze postanowiłem odejść z Milicji, lecz przedtem napisać pracę magisterską. Ukarany byłem chyba w lipcu, we wrześniu pojechałem do Krakowa do   p. dr. H. Oszast. I w lutym następnego roku obroniłem pracę. W międzyczasie mój gniew przeszedł i zostałem w Milicji. Miałem też szczęście, że pracując w Wydziale Kryminalnym miałem bardzo dobrych szefów, jakimi byli doskonały fachowiec Walerek Sz. i Staszek Z. Staszek może być przykładem kariery młodego człowieka z prowincji, który dzięki solidności, systematyczności i uporowi rozwinął się i zrobił karierę. Do dziś jesteśmy przyjaciółmi.Walerek Sz. był wybitnym „dochodzeniowcem” i                    w początkach mojej kariery w „kryminalnym” niekiedy byłem zniecierpliwiony, kiedy ten przesłuchując podejrzanego wypytując go bardzo szczegółowo o krewnych, znajomych, babcie, ciotki itp. Dopiero później zrozumiałem, że to była jego bardzo dobra metoda pozwalająca na nawiązanie „dialogu” z podejrzanym. W ogóle to praca w Policji a szczególnie w takich pionach jak kryminalny wymaga od kandydata mocnej osobowości i solidności. Nie można działać w „białych rękawiczkach”, bowiem jest wiele sytuacji, ze „trzeba iść po bandzie” i wejść do środowiska przestępczego. Niedobrze też jest, kiedy policjant poza służbą, nie ma zbyt wielu zainteresowań – zresztą to dotyczy chyba wszystkich zawodów. Ja w mojej pracy do godziny 1600tej – 1700-tej spotykałem się z przestępcami zaś po południu na sali gimnastycznej był już inny świat. Ponadto miałem jeszcze „starocie”. To sądzę pozwoliło mi być w miarę „normalnym”. Najniebezpieczniejszymi kandydatami na policjantów są osobnicy „chorzy na władzę” bądź o skłonnościach sadystycznych. Znałem i miałem do czynienia z milicjantami, których uderzenie kogoś, podniecało i często „tracił miarę”. To byli niebezpieczni ludzie, dobrze, że obecnie system przyjęć w zasadzie eliminują takie przypadki.

Miałem pisać o rybnickim sporcie, o koszykówce a tu tyle o milicji. Nie da się jednak ukryć, że w budynku na Pl. Armii Krajowej spędziłem sporą część życia i służyłem systemowi, który jak się obecnie określa był systemem totalitarnym i służył „zniewoleniu narodu”. Jak obecnie z perspektywy czasu to widzę. Zgadza się całkowicie, iż był to system, który był utopijny i      w efekcie doprowadził do pustych sklepów z octem i herbatą w roli głównej. Był systemem i to uważam za najgorsze, który zamknął Polakom możliwość swobodnego wyjazdu za granicę i wbijał im do głowy brednie o „zgniłym zachodzie” i biednych prześladowanych murzynach. Był systemem, którego praktyką było powiedzenie „czy się stoi czy się leży 2 tysiące się należy”, która to mentalność do dzisiaj odbija nam się czkawką. Był wreszcie systemem,        w którym Polakom obiecywano i łudzono, aby pracowali ponad miarę, za psie pieniądze, bowiem w przyszłości czeka ich świetlana przyszłość, kiedy znajdą się w komunizmie. Był systemem, który u wielu ludzi wyrobił przekonanie, iż żyją tylko po to, aby pracować, podczas gdy praca winna być przyczynkiem do realizowania w swoim życiu często całkiem innych celów. Z drugiej strony wielu Polaków żyło sobie spokojnie, bez stresów o pracę, z darmowymi wczasami, mieszkaniami zakładowymi. Zwłaszcza u nas na Śląsku, gdzie górnika za ciężką pracę właściwie wynagradzano. Nie było ludzi szukających jedzenia po śmietnikach, nie było takiej jak teraz przestępczości. Również warunki do uprawiania sportu, zwłaszcza dzieci i młodzieży były nieporównywalnie lepsze. Jestem jednak pełen podziwu dla Wałęsy i działaczy solidarności a zwłaszcza dla naszego papieża, iż swoimi działaniami doprowadzili do upadku sytemu. Uważam, że jesteśmy na dobrej drodze i nasze dzieci i wnuki będą żyli na tym poziomie jak moja starsza córka mieszkająca blisko 20 lat                 w Holandii.

Byłem członkiem organizacji partyjnej przy K-dzie Milicji zaś nasze zebrania odbywały się   w Sali konferencyjnej budynku Komitetu Miejskiego przy ul. Białych (obecnie jest tam bank PKO) . Na jednym z zebrań w 1979 roku zabrałem głos w czasie dyskusji i skrytykowałem pomysłodawców i budowniczych skoczni narciarskiej jaka w tych latach wybudowano przy ul. Cegielnianej. Nie wiedziałem, że pomysłodawcą był sam I sekretarz Jan Poloczek. Oczywiście ten w ripoście nie zostawił na mnie przysłowiowej „suchej nitki”. Lecz milicjanci, którzy byli na zebraniu zapamiętali to. Przyszedł rok 1980 i również w naszej Komendzie zapanowały nastroje „odwilży”.  W naszej Komendzie organizacją partyjną rządziła grupa ludzi z tzw. „partyjnego betonu” z wielkim manipulatorem Pawłem Sz. Była to „szara eminencja” w Komendzie i miał wielki wpływ na ówczesnego Komendanta. Zebranie sprawozdawczo – wyborcze w 1980 całkowicie „Przewróciło” dotychczasowe układy           w organizacji partyjnej. Otóż zdecydowaną większość głosów, ja, jako dotychczasowy największy „opozycjonista” zostałem wybrany na I sekretarza POP przy K-dzie. Podstawowa przesłanką, iż zgodziłem się kandydować był fakt, iż K-dtem był wtedy płk Zygmunt M, którym się przyjaźniłem i był pierwszym K-em w R-ku który pochodzi z naszych stron (wszyscy poprzedni pochodzili z Zagłębia). Ponadto działał w sporcie w Zarządzie ROW i bardzo pomagał mi w budowaniu żeńskiego kosza. Do nowych władz oprócz mnie wybrano lubianych przez ogół kolegów między innymi Huberta K. czy Kazika M. Przyszedł rok 1981 i zaczęto tworzyć w Milicji tzw. „walne związki zawodowe”. I tutaj miałem ciężki orzech do zgryzienia. Jaka przyjąć postawę? Jak się miała zachować organizacja partyjna? Zorientowałem się, że organizatorami „wolnych związków” są byli członkowie partii, których odsunięto od władzy na ostatnim walnym zebraniu z Pawłem Sz. na czele. Zwołano na świetlicy K-dy wielkie zebranie (ok. 80 osób) celem powołania „wolnych związków”. Przekonałem „egzekutywę” iż najlepiej będzie kiedy ludzie, którzy chcą tworzyć związki, zrobią to poza organizacją partyjną. Kiedy zakomunikowałem zebranym, że jestem przeciwny tworzeniu związku w ramach organizacji partyjnej na sali zawrzało. Myśmy cię wybrali a ty przeciwko nam? Odpowiedziałem demagogicznie „Towarzysze na tym polega demokracja, że każdy może mieć swoje zdanie”. Trochę zgłupieli, ale doprowadziłem do tego, że zebrania – masówki w sprawie organizacji związków zawodowych były organizowane już poza działaniami organizacji partyjnej. Delegatem na zjazd do W-wy wybrano porządnego milicjanta Krzysztofa Z. Kierownictwo Komendy Głównej Milicji zaczęło zwalniać z pracy wszystkich działaczy, związkowych – zwolniono kilku milicjantów z W-wia, Jastrzębia. Pojechałem wówczas do Komendy Wojewódzkiej do Katowic i jako I sekretarz POP przy K-dzie w Rybniku prosiłem, aby nie zwolnić z pracy Krzysztofa Z.  Zawieszono go i przywrócono do pracy w dniu 13.12.1981r. czyli w dniu wprowadzenia stanu wojennego.

Decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Oczywiście władze przeprowadziły odpowiednią robotę propagandową, nasze rodziny miały być zakwaterowane w ośrodku w Kamieniu, aby uchronić je przed „wywrotowcami z Solidarności”. Wytworzono psychozę, która moim zdaniem przyczyniła się do wydarzeń na „Wujku” czy „Manifeście Lipcowym”. Obecnie patrzę na to wszystko z całkiem innej perspektywy. Na pewno działałem w tym czasie w „dobrej wierze”, ale w złej sprawie. Racje jednak mieli „ludzie” Wałęsy i chwała im za to. Dlatego tez od 1983 roku nie biorę czynnego udziału w polityce, gdyż uważam, że teraźniejszość i przyszłość należy do młodszego pokolenia nieskazanego naleciałościami tamtego sytemu. Urodziłem się w Łagiszy – dzielnicy Będzina z „czerwonym podniebieniem” (od „czerwonego Zagłębia) i na pewno są we mnie lewicowe przekonania. Chociaż od wielu lat sympatyzują z „Demokratami”.                      W latach 1981 - 82 w K-dach Milicji utworzono etaty z-ców Komendantów ds. ideowo – wychowawczych, którzy całkowicie zdominowali działania organizacji partyjnych. Byli to byli pracownicy „bezpieki”, których zdaniem było czuwać, aby wśród milicjantów nie było za dużo „wolno myślicieli” W 1984 roku w zasadzie wycofałem się z życia partyjnego. Interesuję się dalej polityka, lecz polityczne spektakle oglądam w telewizji bez emocji jak dobry „Teatr telewizji”. Przyznam się, ze obecnie bardzo mi brakuje aktorów: Leppera, Giertycha czy Renaty Begier.  Zresztą sądzę, że być politykiem to nie łatwy kawałek chleba. Trzeba być „bardzo twardym” nie dawać się ponieść emocjom a jednocześnie być elastycznym. Z moim charakterem bym się do tego nie nadawał.

Ale czas wrócić do basketu.

Nie napisałem nic o zawodnikach z rocznika 1960-62, których zdążyłem jeszcze szkolić.       Otóż Tomek Pyszny ucząc w SP-5 Cz-ka przygotował dwóch dobrych koszykarzy Florka Witalę i Andrzeja Kozyrę, którzy potem długo grali u Twardowskiego. Z SP-4 R-k wywodzi się Janusz Kaczmarczyk obecnie ceniony sędzia i działacz koszykarski, który był olbrzymim talentem rzutowym. Gdyby „Bozia dała mu lepsza sprawność ogólną byłby ligowym graczem. Oprócz nich należy wymienić Maćka Korbasiewicza, Zbyszka Rekusa, braci Kwaśnych, Cześka Lajdamika, Jurka Dudzińskiego czy Pawła Hoszka. W dniu 1.10.1973 podjął treningi w klubie niespełna 11-letni Kazik Mikołajec – obecny trener reprezentacji Polski juniorów był wychowankiem Tomka Pysznego uczącego wówczas w SP-5 Czerwionka.

Kazik należy do moich najwybitniejszych wychowanków, bowiem w pracy szkoleniowej doszedł do stanowiska drugiego trenera reprezentacji Polski i jest obecnie Szefem Wyszkolenia PZKosz. Prowadząc zespół „Color – Capu” zajął wysokie IV miejsce                w „Ekstraklasie” kobiet, co nie udało się dotychczas żadnemu z rybnickich szkoleniowców. Niedawno byłem bardzo dumny i usatysfakcjonowany, kiedy przekazał mi z dedykacją książkę – „Koszykarski Atlas Ćwiczeń”, który napisał wspólnie z trenerem Mazurem z Krakowa. Obecnie będę pomagał mu w utworzeniu systemu doszkolenia trenerów i nauczycieli wf pod nazwą „Rybnicka Szkoła Koszykówki”. Właśnie chłopcy z 60-tego rocznika zasilili zespół Tomka Służałka z Sosnowca i również zdobyli tytuł Mistrza Polski Szkół Podstawowych. Najmłodszym trenującym w grupie w tym czasie, był 10-letni Leszek Żak – obecnie ceniony instruktor spadochronowy i sędzia koszykówki.

Drużyna „kadetów” rocznik 1958-59 po moim rozstaniu z męską koszykówką uległa rozbiciu. Edek Forreiter i Justyn Węglorz odgórnie decyzją władz rybnickiego zjednoczenia zostali przeniesieni do Sosnowca do „Zagłębia”. Krzysiu Fojcik po maturze poszedł do AZS Gliwice a później grał w I Lidze w „Baildenie” K-ce. Studnik, Salamon, Kołowrot, Pawliczek pozostali w ROW-ie R-k i grali w „Lidze Międzywojewódzkiej” a stać ich było na dużo więcej. Mirek Salamon należał do najlepszych obrońców na Śląsku i słynne były jego pojedynki z „superstrzelcem” z Rudy Śląskiej Romanem Danchem, gdzie ten zdobywał         w meczu z nami 10 – 12 pkt. Podczas gdy jego średnia sezonu wynosiła 30 pkt. w meczu.  Jestem przekonany, że gdyby w tamtych czasach znalazłbym „ wspólny język” z                   p. R.Zolichem Rybnik już w latach 70-tych mógłby być potęgą w polskiej koszykówce.                 A tak to całą inwencję i pracę szkoleniową skierowałem na budowę żeńskiej koszykówki, która w końcu lat 70-tych była w zakresie szkolenia młodzieży najlepsza w Polsce.  Również postawa kierujących wówczas klubem A.Bezega i M.Korbasiewicza była „piłatowska”.                  Nie zajęli żadnego stanowiska, bowiem nie chcieli narazić się w szczególności p. Zolichowi, który był wpływowa osobą w Zjednoczeniu Węglowym. I tak się zakończył mój pierwszy 12-letni etap kariera szkoleniowca.