Komunikat o błędzie

Deprecated function: The each() function is deprecated. This message will be suppressed on further calls w menu_set_active_trail() (linia 2404 z /home/it-system/ftp/andrzejzygmunt/includes/menu.inc).

2) Trenerzy i działacze

„Trenerzy” w rybnickim baskecie „część I”

W ciągu swojej ponad 50-letniej przygodny ze sportem a koszykówką w szczególności, spotkałem się z wieloma trenerami i nauczycielami wf, którzy mieli większy lub mniejszy wpływ na kształtowanie i przebieg mojej kariery zawodniczej i trenerskiej. Na pewno człowiekiem, który miał największy wpływ, iż wybrałem taką drogę miał wspaniały nauczyciel wf. w I LO R-k „profesor” Alojzy Jochemczyk. Jego największymi zaletami była pracowitość, pogoda ducha i niesamowita życzliwość w odnoszeniu się do swoich podopiecznych. „Profesor” nie był wielkim fachowcem w jakieś konkretnej dyscyplinie sportu. Potrafił jednak stworzyć taką atmosferę dla szkolnego sportu, iż uczniowie bardzo aktywnie włączali się do organizacji różnego rodzaju zawodów. Sam od rana do późnych godzin popołudniowych „krzątał” się po małej, lecz gościnnej salce gimnastycznej. Jak była pogoda, to z grabiami pracował nad skoczniami i bieżnią na pobliskim boisku „Ryfamy”. Zawsze pogodny i uśmiechnięty powodował, że wf. był najbardziej ulubionym przedmiotem w szkole. Jego ukochane dziecko, jakim był Szkolny Klub Sportowy „Spartakus” odnosiło wiele sukcesów w rywalizacji na szczeblu wojewódzkim. Już wtedy koszykówka była sztandarowa dyscypliną w szkole zaś największe sukcesy odnosiła w latach 50-tych. Pojedynki, jakie reprezentacja „Powstańców” toczyła z takimi firmami w województwie jak „Mickiewicz” Katowice, „Traugut” Częstochowa, „Sztubek” Bytom,     ? Gliwice.

Pamiętam mecz na małej Sali „Powstańców” z „Mickiewiczem” K-ce. Pełna sala kibiców, na ławeczce cała kadra pedagogiczna z dyrektorem Drozdowskim i nasze zwycięstwo!                 Ale wtedy, kiedy korytarzem szkolnym szli Jończyk, Piechaczek i Zygmunt – oni byli najważniejsi w szkole obok „aktorów” z kółka teatralnego prof. Hertza. Tak się kształtowała w szkole atmosfera do szkolnego sportu. Profesor Jochemczyk do końca swego życia bardzo interesował się postępami i karierą swoich wychowanków. Po śmierci żony, było mu bardzo ciężko i do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, ze mogłem mu poświęcić więcej czasu.                      Mam nadzieję, że „Powstańcy” doczekają się wreszcie porządnej Sali sportowej i znajdzie się w niej miejsce upamiętniające sylwetkę „Profesora”.

Druga osobą, która również wywarła duży wpływ na moją karierę był nestor rybnickich trenerów „profesorek” Tadeusz Jarnecki. Absolwent Warszawskiej AWT przyjechał do Rybnika w latach 50-tych i podjął pracę w Technikum Budowy Maszyn Górniczych. „Profesorek” był trenerem I klasy w Lekkiej atletyce, lecz był doskonale przygotowany do prowadzenia gier zespołowych i treningami ogólnosprawnościowego zwanego wtedy „gimnastyką szwedzką”. Miał ogromny wpływ na to, iż podjąłem decyzję o studiach „wuefu”. Zasługi Tadeusza Janeckiego dla rybnickiego sportu a w szczególności dla sportu górniczego są ogromne. To właśnie „profesorek” z dyrektorem RZPW Brunonem Soblem i wspaniałym działaczem p. Falkusem zbudowali w naszym okręgu węglowym system szkolenia młodzieży w oparciu o „Międzyszkolny Górniczy Klub Sportowy”. Nie wspomnę już o tysiącach wychowanków Tadeusza w jego ukochanej dyscyplinie królowej sportu „Lekkiejateletyce” Z Tadeuszem przyjaźnie się do dziś i bardzo sobie to cenię!

Kolejnymi osobami, które wywarły duży wpływ na moją karierę trenerską był wspaniały duet trenerski – najwybitniejszy w historii polskiej koszykówki: Witold Zagórski i Jan Mikułowski. Największe sukcesy Polska odnosiła właśnie za ich kadencji. Miałem szczęście być trenerem stażystą w trakcie przygotowań reprezentacji Polski do Igrzysk w Monachium w 1972 roku. Witold Zagórski był strategiem, zaś Jan Mikułowski mający spory staż w USA był doskonałym „warsztatowcem”. Oprócz spraw szkoleniowych byłem pełen podziwu dla atmosfery, jaką potrafili wprowadzić do prowadzonej grupy. A mieli do swojej dyspozycji „różne charaktery” z asem polskiej koszykówki Edkiem Jurkiewiczem na czele. Również między nimi panowała pełna zgodność. Nigdy nie zapomnę obozu w Zakopanym i codziennych, rano przed śniadaniem, spacerów pod Krokiew i z powrotem. A było to w czasach, kiedy spora część trenerów aplikowała swoim podopiecznym rano kilometrowe biegi, po których nie było już apetytu na dobre śniadanko. U Zagórskiego dopiero po 2 godzinach od śniadania była siłownia i bieg na Nosal i z powrotem – tempo biegu nadawał mimo swoich 40 lat „Asio” Mikułowski.

Sporo też się nauczyłem od trenera Jaźwierskiego, z którym miałem okazję być na obozie Kadry Młodzieżowej w Gdańsku, jako trener stażysta. Jaźwierski był wychowawcą między innymi Ryszarda Twardowskiego czołowego koszykarza I Ligowej „Lublinianki”                             i II Ligowego „ROW” R-k. Jaźwierski był typowym „kaszubem” bardzo pracowity i solidny. Każde ćwiczenie dogłębnie analizował i oceniał na ile mu będzie przydatne. Każdą chwilę wolną na obozie poświęcał na naukę języka angielskiego. Zrobił karierę trenerską, po I Ligowej „Lubliniance” przeniósł się do „Śląska” Wrocław, potem został trenerem reprezentacji Luksemburga i chyba żyje tam do dzisiaj.  Jeśli chodzi o Zagórowskiego, to po sukcesach w Polsce wyjechał do Austrii i tam zamieszkał, „Asiu” Mikułowski z kolei wyjechał do Szwecji, gdzie do dzisiaj pełni wysokie funkcje w Szwedzkim Związku Koszykówki. Sporo ćwiczeń i koszykarskiej wiedzy „erbnąłem” od „ojca śląskiej koszykówki”, za jakiego uznaje mego serdecznego przyjaciela dr. Waleriana Klimontowicza. W zasadzie to odbywało się za pośrednictwem jego brata, niestety nieżyjącego już doskonałego szkoleniowca, Zbyszka.  Zbyszek prowadził zemną obozy kadr makroregionu i dzięki temu mogłem korzystać z wiedzy i doświadczeń Waleriana. Walerian jest doskonałym teoretykiem koszykówki o bardzo bogatym warsztacie opartym częściowo na „szkole radzieckiej”. Bardzo dużo też skorzystałem z jego wiedzy o organizacji wzorowego modelu szkolenia dzieci i młodzieży. Obecnie o ile mi wiadomo „Walerek” pisze historię śląskiej koszykówki, ma jednak chyba problemy ze znalezieniem wydawcy.

Kolejnymi trenerami, których bardzo wysoko cenię i na bieżąco staram się utrzymywać kontakt to dr Ryszard Poznański i prof. Tadeusz Huciński.

Ryszard Poznański od lat wnosi bardzo duży wkład w rozwój koszykówki dziecięco-młodzieżowej. Olbrzymia teoretyczna i praktyczna wiedz, spore doświadczenie i wyjątkowo życzliwy stosunek do zawodników i trenerów, zjednały mu powszechny szacunek na Śląsku i w Polsce. Uważam, że jego miejsce to funkcja Trenera – Koordynatora w Szkołach Mistrzostwa Sportowego na Śląsku. Prof. Dr Tadeusz Huciński – wychowanek śląskiej koszykówki od lat należy do najlepszych w Polsce trenerów mających doskonałe podstawy teoretyczne i bardzo dobry warsztat. Autor wielu książek i publikacji o koszykówce, twórca potęgi żeńskiej koszykówki w latach 90-tych.  Z żalem jednak muszę stwierdzić, że rządy sędziowskiego „lobby” z M.Połusem na czele nie pozwoliły polskim szkoleniowcom z kol. Tadeuszem na czele, mieć właściwy wpływ na organizację koszykówki w Polsce.                    Z T.Hucińskim staram się utrzymywać bieżący kontakt i na bieżąco czytuję jego opracowania. Ostatnio na spotkaniu u Kazika Mikołajca ofiarował mi z miła dedykacją swą najnowszą książkę o szkoleniu najmłodszych, którą postaram się wykorzystać w budowaniu systemu „gier i zabaw” dla przedszkoli i klas I – III. Jednakże z moich wychowanków – trenerów najwyżej w hierarchii trenerskich dokonań doszedł prof. dr Kazimierz Mikołajec ur.1962 obecny Dyrektor Sportowy PZKosz. Kariera trenerska Kazika jest bardzo bogata, bowiem był jakiś czas asystentem trenera reprezentacji Polski seniorów Urlepa. Prowadził juniorską reprezentację Polski. Prowadził I Ligowy zespół „Color – Capu” z którym zajął IV miejsce w Polsce. Jest pracownikiem naukowym AWF Katowice. Bardzo aktywnie działa na polu doszkalania rybnickich trenerów oraz wydatnie pomógł w organizacji SMOK przy SP-2, GOSM przy Gimnazjum nr 1. Jest wspaniałym mężem i ojcem i jego młodszego syna Patryka miałem również okazję szkolić. Obecnie Kazik, jako szef pionu szkoleniowego PZKosz z powodzeniem reformuje szkolenie młodzieży w Polsce i stwarza warunki do odbudowy szkolenia dzieci młodzieży.

Moim pierwszym wychowankiem, który podjął studia w Krakowie był Marcin Kasperzec (ur. 1950), który później został pracownikiem naukowym AWF Kraków i wspólnie z dr Haliną Oszast napisał podręcznik o nauczaniu koszykówki. Był trenerem „Wisły” Karków i AZS Kraków. Obecnie od lat mieszka we Francji i nie mam z nim żadnego kontaktu. Tradycje szkoleniowe podtrzymuje jego syn, który jest znanym i cenionym trenerem w Krakowie.

Z Rybnika pochodzi i u mnie się wyszkolił Stefan Mikulski (ur. 1951) absolwent AWF Kraków, były II trener reprezentacji Polski – obecnie mieszka w Niemczech, lecz pamięta o trenerze – wychowawcy i kiedy jest w Polsce to mnie odwiedza. Z moich wychowanków – trenerów olbrzymie zasługi dla rybnickiej koszykówki moim zdaniem ma Czesław Grzonka (ur. 1951) absolwent AWF Kraków (początkowo wszystkich wychowanków, kierowałem do Krakowa do Asia Mikułowskiego). Czesław, jako zawodnik był zawodnikiem przeciętnym i grał w rezerwach AZS-u Kraków. Po studiach był przez jakiś czas asystentem Jana Mikułowskiego, co pozwoliło mu na zdobycie bardzo dobrego warsztatu trenerskiego. Czesiu na pierwszy rzut „flegma”, jest człowiekiem upartym i konsekwentnym. Jest może nawet trochę podobny do swego „wielkiego nauczyciela” Asia Mikułowskiego i konsekwentnie realizował krakowską szkołę nauczania koszykówki. Z Czesiem współpracowałem „ładnych kilka lat” i przejmował odemnie zarówno chłopców i dziewczyny na różnym etapie rozwoju. Byli to reprezentanci kraju w kategoriach juniorskich, byli to też zawodnicy czy zawodniczki o nieutrwalonych jeszcze podstawach – dobrze się zapowiadający. W szczególności w koszykówce żeńskiej zasługą Czesia jest, że potrafił rozwinąć dalej talenty Beaty Grzesik, Lidki Malinowskiej i pozostałych zawodniczek i stworzył z nich zespół, który zdobył mistrzostwo Polski Juniorek i awansował do I Ligi grając wyłącznie wychowankami!.

Trenerów dzielę na kilka kategorii. Jedna kategoria to tzw. trenerzy „montownicy”. Są to szkoleniowcy, którzy pozyskują do drużyny gotowych wyszkolonych graczy i „montują” z nich zespół. Ich zadaniem jest przygotowanie drużyny do sezonu i prowadzenie w czasie zawodów. Takim trenerem jest od lat mój przyjaciel Tomek Służałek zdobywca 2 tytułów mistrza Polski z „Zagłębiem” Sosnowiec. Trener taki musi posiadać bogatą wiedzę, ale równocześnie musi być wyjątkowo silny psychicznie. Musi mieć doskonałą wyobraźnię przestrzenną oraz być doskonałym strategiem. Jak mawia Rysiek Twardowski, „kiedy zespół przegrywa mecz 2 punktami, to za porażkę odpowiada trener”. Przykładem może być Darek Szczubiał prowadzący MKKS, który wiele meczy wygrywał różnicą kilku punktów często po dogrywce, zaś jak była porażka to różnice były spore.

Wracając do Czesia Grzonki, to Czesiu był autorem wielu dokonań – wyników zespołowych w rybnickiej koszykówce w tym wprowadzenie zespołu kobiet do I Ligi zaś zespołu mężczyzn do II Ligi. Nie wspomnę już o wynikach w kat. „młodzieżowych”. Był jednak wyłącznie trenerem „wykonawcą”, zaś czasy, które nadeszły na etapie, na jakim znajdował się nasz klub, trener musiał być też animatorem i organizatorem. Tego niestety Czesiowi trochę brakowało. Mówiąc o rybnickich trenerach na sposób nie odnieść się „najlepszego rybnickiego trenera” Mirka Orczyka (ur.1966). To z jego ojcem Henrykiem jechałem na AWF K-ce celem załatwienia przyjęcia go na specjalizację z koszykówki. Potem krótko po studiach będąc nauczycielem wf. w SP-2 odwdzięczył mi się buntując moich wychowanków Janusza Szymurę, Przemka Strzebińczyka, iż przestali na pół roku trenować w klubie. To już zdecydowanie „ustawiło” nasze stosunki na „nie” i chyba jest tak do dzisiaj. Moja ocena M.Orczyka będzie subiektywna, lecz postaram się oprzeć wyłącznie na faktach. Niewątpliwie Mirek Orczyk jest trenerem bardzo zaangażowanym, który w zasadzie koszykówce poświęcił całe życie (prywatne i zawodowe). Po swojej mamie pochodzącej z b. usportowionej rodziny odziedziczył doskonałą koordynację ruchową, która pozwala mu na pokazywanie ćwiczeń technicznych na właściwym poziomie. Kiedyś w opracowaniu nazwałem go pasjonatem, co spotkało się z telefonem do mnie i pełnym oburzenia stwierdzeniem, że „on jest zawodowiec” a nie „pasjonat”. Przykro mi było, gdyż pasjonat dla mnie jest określeniem zdecydowanie pozytywnym. Ma sporą wiedzę, ponieważ ustawicznie się dokształca i pracuje nad sobą. Oceniając pracę trenerów trzeba efekty szkoleniowe oceniać w dwóch wymiarach

- osiąganie wyników zespołowych w kat. ”seniorskich”

- wychowywanie uzdolnionych zawodników i robienie z nich mistrzów w sporcie seniorskim.

Jeśli chodzi o trenerskie doskonalenia Mirosława Orczyka w sporcie seniorskim to trzeba podkreślić olbrzymią pracę, jaką wykonali wspólnie z K.Mikołajcem w zbudowaniu zespołu, który awansował do I Ligi. Uważam, że gdyby ten duet w zgodzie pracował dalej w „Color-Cape” nie byłoby takiego upadku koszykówki, jaki miał miejsce. Potem M.Orczyk, słusznie urażony, wyjechał z grupą dziewcząt do Gdańska. W „Lotosie” pracował z młodzieżą kilka lat, skąd z bliżej nieznanych mi przyczyn zrezygnowano z jego usług.  Jego przygoda z ligową koszykówką w Ostrowie trwała około pół roku i nastąpił powrót do Rybnika. W tym czasie doskonała praca organizacyjna Gabrieli Wistuby przyniosła spory zastrzyk pieniędzy, który pozwolił na sprowadzenie do Rybnika kilku wychowanek (Tomaszewska, Niedobecka) oraz ograną w reprezentacji Polski Agnieszkę Jaroszewicz. Skład, jaki „zmontowano” pozwolił bez porażki drużynie na awans do ekstraklasy. Nie widzę w tym wielkiej zasługi trenera, lecz organizacyjną sprawność Gabrieli Wistuby. Wiele razy powtarzałem z uporem, iż budowa wyczynowej dyscypliny w naszym mieście musi być oparta o 2 nogi. Jedna noga to stojąca na najwyższym poziomie organizacja szkolenia własnych zawodników. Druga noga to umiejętna polityka transferowa pozwalająca ściągnąć graczy z zewnątrz. Nie taję, że mam duże zastrzeżenia do całego kierownictwa i sztabu szkoleniowego koszykówki żeńskiej, co do ich zaangażowania w szkolenie własnych wychowanków.

Moją osobę zaliczam do kategorii trenerów – wychowawców i uważam, że bez nich nie byłby możliwy rozwój jakiejkolwiek dyscypliny sportu. Dosyć szybko zorientowałem się, że Bozia nie dał mi dostatecznej dobrej wyobraźni przestrzennej, co mocno utrudniał mi prowadzenie drużyn seniorskich. Postanowiłem, więc wyspecjalizować się w sprawach naboru, selekcji i szkolenia podstaw. Trenując w przeszłości również lekkoatletykę, nabyłem sporą wiedzę na temat rozwoju sprawności ogólnej. W zasadzie przez cały czas mojej kariery trenerskiej oprócz grupy zaawansowanej prowadziłem drugą grupę tzw. naborową, w której szkoliłem podstawy. Dopiero od końca lat 90-tych od momentu organizacji klas sportowych szkolę jedną grupę grupę naboru i szkolenia podstaw. Mój „złoty wiek” szkolenia, gdzie udało mi się wyszukać i wyszkolić najwięcej wysokiej klasy zawodników przypadł na lata 70-te i 80-te. Może to nie będzie popularne, lecz tzw. „PRL-u” warunki pracy szkoleniowej były „o, niebo lepsze” niż obecnie. Bardzo duża ilość zajęć SKS w szkołach, możliwość tworzenia klas o poszerzonym programie wf, możliwość zabierania na obozy sportowe dzieci 3 x w roku (rodzice nie dopłacali ani złotówki) w zasadzie nieograniczona ilość zgłaszanych zespołów do rozgrywek powodowało, iż na sali Policji w Rybniku trenowały dzieci z Jastrzębia, Żor, Czerwionki, Raciborza i oczywiście Rybnika. Bardzo trudne czasy nastąpiły po transformacji na początku lat 90 –tych, kiedy do władzy w sporcie doszła grupa RMKS-owska z Lechem Kowalskim i A.Skowronem na czele. Zaczęto budować w Rybniku siatkówkę dążąc do maksymalnego ograniczenia konkurencyjnej dyscypliny, jaką niewątpliwie do siatkówki, jest koszykówka. Mało, kto zdaje sobie sprawę, ile uporu i psychicznej odporności w tym czasie wymagało „obronienie” basketu. Duży wkład w tym czasie włożyły p. Mieczysław Grajdek, dr Antoni Kozieł i chyba najbardziej oddany rybnickiej koszykówce działacz sportowy Piotrek Majza.  Do dzisiaj nie zdołałem wyjaśnić, czym się kierował ówczesny K-dt Policji Zdzisław Kuczma decydując na „wygnanie” koszykówki z sali Policji po blisko 30-letniej bardzo owocnej i korzystnej dla obu stron współpracy. Piszę „korzystnej dla obu stron”, bowiem dzięki temu, iż z sali korzystali koszykarze miasto Rybnik a konkretnie ówczesny wiceprezydent Józef Cyran podjął decyzję o generalnym remoncie sali na koszt miasta. Przy okazji chciałem jeszcze raz podkreślić zasługi, niestety nieżyjącego już p. Józefa dla rybnickiego sportu. Był to „dusza – człowiek”, który jak tylko mógł pomagał sportowcom i co najważniejsze „czuł sport”. Planuję, aby raz w roku organizować wielki turniej koszykówki dziecięcej na hali „Ekonomika”, który miałby na celu przypomnienie osoby p. Józefa. Również organizowany turniej w Leszczynach będzie poświęcony pamięci zmarłego w ub. roku animatora koszykówki w Leszczynach nieodżałowanego Józefa Kancelisty. Niestety często zapominamy szybko o tych, co od nas odeszli, co moim zdaniem jest niewybaczalnym błędem. A w minionym czasie straciliśmy sporo osób, które miały ogromne zasługi dla rybnickiej koszykówki. Oprócz dwóch wyżej wymienionych odszedł Mietek Korbasiewicz wspaniały nauczyciel wf. twórca potęgi KS „ROW” Rybnik, niema wśród nas Jasia Nowobilskiego wuefowca, który odkrył talent Justyna Węglorza i który z SP-6 R-k I Andrzejem Westwalewiczem zdobył tytuł Mistrza Polski Szkół Podstawowych. Pisząc o trenerach i szkoleniowcach nie sposób pominąć osoby Andrzeja Powązki, którego do Rybnika w charakterze trenera III Ligowego zespołu ROW sprowadził p. Rudolf Zolich. Andrzej Był doskonałym organizatorem i niestety raczej słabym szkoleniowcem. Jego warsztat trenerski był z lat „50” tych. Pierwsze 2 lata jego pracy mimo dobrego składu drużyny zakończyły się niepowodzeniem. Zespół przegrał rywalizację o wejście do II Ligi z drużyną z Chorzowa prowadzoną przez byłego Prezesa ZW SZS Janusza Nowakowskiego. Ponadto ówczesny opiekun sekcji p. Rudolf Zolich zorientował się, iż jego trener nie jest „fair” wobec niego i zdecydował zwolnić Powązkę z pracy w RPSTPW. Potem Powązka na lata związał się z Technikum Mechanicznym i filią Politechniki Śląskiej. Założył przy „Mechaniku” szkolny klub sportowy, który w pewnym czasie rywalizował z drużynami „ROW”-u. Był wyjątkowo sprawnym organizatorem i szkoda, że właśnie tych jego zdolności koszykówka rybnicka nie potrafiła wykorzystać. Wada jego, moim zdaniem, był to, iż był „człowiekiem, który z wszystkimi chciał dobrze żyć”. Niestety w życiu a szczególnie w sporcie trzeba umieć spojrzeć w oczy i mówić prawdę, niekiedy „bez ogródek”.                             Ja osobiście nie mam żadnych zahamowani, aby bez względu na osobę „dawać kawę na ławę”, co na pewno nie ułatwia mi życia. Jednakże zawsze jestem sobą a to dla mnie jest najważniejsze.  Sporo lat na trenerskiej ławce „ROW”-u spędził Rysiek Twardowski – były I Ligowy zawodnik „Lublinianki” i kapitan II Ligowego zespołu ROW-u. Zasługi Ryśka, jako zawodnika dla rybnickiej koszykówki są ogromne. W zasadzie to Rysiek prowadził zespół ROW-u w „Lidze Międzywojewódzkiej” i II Lidzie, mimo iż nominalnie ja byłem trenerem. Moją zasługą było „motoryczne” przygotowanie drużyny do rozgrywek, natomiast taktyka obrony i ataku należała do Ryśka, który był w tym przedmiocie dla mnie autorytetem. Właśnie taki rozdział ról pozwolił mi na awans do II Ligi i zajęcie III miejsca w II Lidzie w kolejnym sezonie. Mój konflikt z p. Zolichem doprowadził do mego odejścia, zaś moi następcy A.Powązka, J.Krzak nie potrafili utrzymać zespołu. Potem szkoleniowcem męskiego basketu został Rysiek. Niestety nie były to dobre czasy dla męskiej koszykówki. Całkowite zaniedbanie pracy z młodzieżą, brak awansu zespołu seniorów w efekcie doprowadziły do tego, iż działalność sekcji męskiej w 1981 roku została zawieszona. Jako trener niestety Ryszard Twardowski się nie sprawdził, mimo iż takiego „taktycznego nosa” jak on, nie ma żaden z rybnickich szkoleniowców. Może zabrakło mu wytrwałości i konsekwencji w działaniu, ponadto Rysiek również starał się „zawsze z wszystkimi dobrze żyć”.

Kolejnym trenerem, który przewinął się przez rybnicki basket był Grzegorz Szulik obecnie długoletni nauczyciel wf w ZST, który co muszę podkreślić pomaga w miarę swoich sił rybnickiej koszykówce. Grzegorza, absolwenta katowickiej AWF już na samym początku trenerskiej kariery „wpuszczono na głęboką wodę”, jaką była na pewno decyzja Zarządu ROW-u o powierzeniu mu prowadzenia II Ligowego zespołu (zrezygnowano z Cz. Grzonki). Zespół wciągu całych rozgrywkach wygrał zaledwie 3 spotkania mając w swoim składzie najwyższych zawodników w I i II Lidze. Potem Grzegorz krótko szkolił „kadetów” MKKS-u a następnie został działaczem „Color-Capu”. Jest lubianym przez całe koszykarskie środowisko, lecz moim zdaniem zabrakło mu wytrwałości, pasji i zaangażowania, aby budować „większą koszykówkę”. Wśród  rybnickich szkoleniowców poczesne miejsce zajmuje Tomek Pyszny, którego bardzo cenię za lata współpracy zemną. Tomek Pyszny był nauczycielem historii a jednocześnie pasjonatem koszykówki. Początkowo uczył w SP-5 Czerwionka i spod jego ręki wyszli doskonali koszykarze (rocznik 1960) Florek Witala i Andrzej Kozyra. To on namówił do koszykówki Kazika Mikołajca. W mojej karierze trenerskiej nie miałem tak aktywnego i zaangażowanego pomocnika w szukaniu koszykarskich talentów jak Tomek. Był współtwórcą w szkoleniu dziewcząt z roczników 1962 – 65, z którymi jeździł na różnego rodzaju zgrupowania i zawody. To Tomek ściągnął z Makoszów 14-letnią Reginę Kwiek (186 cm). Był i jest wyjątkowo zdolnym człowiekiem, spod jego ręki wyszło wielu „olimpijczyków” zwycięzców szkolnych olimpiad z historii. Moim zdaniem na pewnym etapie popełnił błąd decydując się zbyt szybko na prowadzenie zespołu seniorskiego („Stal” Brzeg). Do tego doszły problemy rodzinne i to w pewnym stopniu zahamowało jego rozwój. Brak możliwości dogadania się z działaczami RMKS-u (na początku lat 90-tych) w zasadzie przekreślił jego dalszy udział w budowie żeńskiej koszykówki, ale to u niego, pierwsze kroki, stawiała jedyna „ekstraklasowa” zawodniczka Iwona Niedobecka.

Kolejnym szkoleniowcem, który szkolił dziewczyny w latach 1977 – 87 był kolejny mój wychowanek, absolwent również AWF Kraków Janusz Tkocz. W zasadzie po mojej rezygnacji ze szkolenia dziewczyn w 1981 roku na niego spadł ciężar szkolenia zaplecza. Energiczny, uśmiechnięty i bardzo lubiany przez zawodniczki niestety nie potrafił kontynuować dobrego naboru i poprawnego szkolenia. W zasadzie w ciągu 10 lat (1981 – 91) trenerzy pracujący z młodzieżą w „ROW”-ie (Tkocz, Grzonka, Grzybek, Pyszny, Chwastek) nie potrafili wyszkolić ani jednej dziewczyny, która byłaby powołana do reprezentacji Polski w kat. młodzieżowych. Przyczyną to słaby nabór i niechlujstwo w szkoleniu podstawowym i motoryce. Obecnie od lat mieszka w Niemczech, lecz o ile mi wiadomo w koszykówce nie pracuje.

Tak, więc pokrótce opisałem moje subiektywne opinie o szkoleniowcach mających swój większy lub mniejszy wkład w rozwój rybnickiego basketu. Jako „ojciec rybnickiej koszykówki” uważam, że mój największy wkład to nie wyszkolenie czy też „znalezienie” ponad 50 koszykarzy i koszykarek, którzy osiągnęli poziom reprezentacji lub kadry Polski w różnych kategoriach wiekowych. Mój wkład to organizacja, blisko 800 turnieji koszykówki dziecięcej, organizacja setek obozów szkoleniowych, na których miałem pod swoją opieką tysiące dzieci. Im jestem starszy, tym bardziej ciąży na mnie odpowiedzialność za powierzone mojej opiece dzieci. A były obozy, gdzie sam prowadziłem zajęcia na obozie z grupą ponad 40 dzieci (oczywiście miałem do pomocy wychowawców). Najszczęśliwszą chwilą był moment, kiedy przed schroniskiem w Nysie czy Cieszynie (tam organizowaliśmy dużo obozów!) stał autobus pełen zdrowych (bez kontuzji!) dzieci i dawałem sygnał kierowcy, że możemy jechać do domu, do Rybnika! Grało radio i ja czułem jak „spływa zemnie odpowiedzialność” za kilkudziesięciu podopiecznych. Sądzę, że tego typu odczucia towarzyszą wszystkim odpowiedzialnym trenerom – wychowawcom. To właśnie za te dokonania uważam, winienem być doceniany. Bardzo wysoko cenie sobie otrzymane w latach 80-tych dyplomy za wygranie wojewódzkiego plebiscytu na „Trenera – Wychowawcę”.                Zaś najbardziej cennym w życiu moim jest zdobycie II miejsca w 1999 roku w plebiscycie „Gazety Wyborczej” na terenie wszechczasów woj. śląskiego za moim przyjacielem Tomkiem Służałkiem. A głosowali wyłącznie ludzie „siedzący w koszykówce” – trenerzy, działacze, zawodnicy.

Wszystkie moje dokonania trenerskie niestety były osiągnięte kosztem mego życia osobistego, kosztem życia rodzinnego. Niekiedy zastanawiam się czy było warto?

Przyznam się szczerze, że gdyby można było cofnąć czas, dużo rzeczy bym zmienił. Ale w życiu niestety tak jest, „że coś za coś”.

                                                                                               Andrzej Zygmunt

Ps.

O kolejnych szkoleniowcach również moich wychowankach Ksawerze Fojciku, Grzegorzu Adamczyku, Stasiu Grabcu, Grzegorzu Marciaku, Kubie Krakowczyku, z których również mogę być dumny napisze w kolejnym rozdziale „wspomnień”.